Obrałem tak wielki dystans, aby Komancze nie usłyszeli ewentualnych krzyków wodza. Objaśniwszy towarzyszy, jak się powinni zachować, opuściłem ich, aby wykonać nowy plan. Na wszelki wypadek zabrałem ze sobą obydwie strzelby.Nasze nowe legowisko znajdowało się w dosyć wielkiej odległości od grobów. Dotarłem przeto do celu po upływie dobrej godziny od chwili schwytania wywiadowcy. Mimo to byłem święcie przekonany, że czerwoni trwają jeszcze na swym przypuszczalnym stanowisku. Fakt, że wywiadowca oddalił się na godzinę, nie powinien ich wyprowadzać z równowagi. Należało więc liczyć się z tym, że na dole, przy grobach, napotkam na niewielki opór.Przypuszczenie okazało się słuszne. Gdym w pobliżu grobów zaczął się przedzierać przez rzadkie zarośla, ujrzałem przy ognisku tylko dwóch wartowników. Siedzieli przy jeńcu, odwróceni do mnie plecami. Jeżeli nie usłyszą szmeru moich kroków, wykonanie planu uda się z pewnością.Przypadłem do ziemi i czołgałem się w ich kierunku. Nie było to rzeczą łatwą, gdyż krzaki się urwały, a niska trawa nie dawała żadnej osłony. Musiałem się trzymać linii cienia, który obydwaj Indianie rzucali w moim kierunku.

(Reklama: )
